Moje opowieści

Polecamy:

Moje opowieści
historie z moich okolic

Gratulujemy wyboru:

zapisz ranking

HOFFMAN
piąta historia

Pan Antoni mieszka od dzieciństwa w Szklarskiej Porębie i trzeba przyznać, że jest z tego dumny. Rodzice przyjechali tu z malcem zaraz po wojnie - w ramach akcji repatriacyjnej musieli wzraz z dobytkiem uciekać z naszych wschodnich kresów. Młody Antoś uwielbiał narty, to też często można go było widzieć na stoku. Pewnego razu na górkę przyszedł jakiś pan i poprosił chłopca, żeby mu pozował do obrazu. Okazało się, że panem tym był sam Vlastimil Hoffman, znany malarz, który w Szklarskiej Porębie mieszkał do początku lat siedemdziesiątych XX w. Pan Antoni ma portret na nartach i lubi chętnie opowiadać o spotkaniu z mistrzem. Znany coraz bardziej artysta, którego obrazy osiągają już zawrotne ceny, był człowiekiem skromnym, ale i mądrym, kochał ludzi, a oni mu to uczucie odwzajemniali. Pan Antoni zaświadcza, że ich spotkanie przed laty należy do ważniejszych wydarzeń w jego życiu.

MIEJSCE MOCY
czwarta historia

W Szklarskiej Porębie Dolnej jest wiele miejsc szczególnych. Tutyści, którzy przyjeżdżają w Karkonosze i trafiają tutaj, najczęściej poruszają się tylko w obrębie Szklarskiej Górnej, a to duży błąd. W Dolnej byłem ostatnio i natknąłem sie na wspaniały pomnik przyrody. Olbrzymia, ponad siedemsetletnia lipa, to drzewo o około 3 metrach w obwodzie. Bardzo wysokie i rozłożyste, a znane w legendach i podaniach ludowych, jako lipa sądownicza. Wieszano tutaj ponoć różnych rzezimieszków, którzy zasłużyli sobie na odpowiednią karę. Niegdyś stało tu dodatkowo wykute w kamieniu koryto, w którym pojono konie, zatrzymujące się w cieniu drzewa na popas, ale gdzieś zniknęło - pewnie przydało się któremuś z miejscowych gospodarzy. Jakoś wciągnęło mnie to miejsce, bo też szczególnie się tu czułem. Przy lipie wyczuwałem silniejsze promieniowanie ziemi niż gdzie indziej - czyżby następne miejsce mocy?

NAWIEDZONA STODOŁA
trzecia historia

W ostatni weekend pojechaliśmy z Aśką na rowery. Chcieliśmy sobie zrobić nocleg w plenerze, więc wzięliśmy ze sobą namiot. Plan mieliśmy ambitny - do zrobienia około 60 km, a do tego po drodze jeszcze zwiedzanie. Szkoda, że nam nie wyszło, ale dziwić się nie ma co. Traf chciał, że złapałem flaka w oponie i tylko szczęście, że w tej mieścinie mieli wulkanizację, a potem, to za długo zasiedzieliśmy się w kawiarence. Gdy było już wiadomo, że nie dotrzemy na nasze pole namiotowe, to załatwiliśmy sobie nocleg u gospodarza w stodole. Mieliśmy do wyboru i sadek, w którym mogliśmy rozbić namiot, ale wybraliśmy stodołę i siano. To była najgorsza decyzja w naszym życiu, bo stodoła była prawdziwie nawiedzona. Nie mogliśmy zasnąć, bo stale coś huczało, pukało i stukało, a na dodatek czuliśmy przy sobie zimny powiew czegoś nie z tej ziemi. Na drugi dzień uciekaliśmy aż się za nami kurzyło.

ZAWODY W PŁUKANIU ZŁOTA
drugia historia

Do zawodów w płukaniu złotodajnego piasku namówiła mnie moja dziewczyna. Byliśmy akurat na wakacjach w Szklarskiej Porębie, gdy organizowano tam wiele imprez. Lato z radiową "trójką" ma ponoć zawsze wiele atrakcji, ale nigdy bym nie przypuszczał, że mogę być żywcem przeniesiony w ostatnie dekady XIX wieku na Alaskę. W tych górach złoto ponoć było, a i teraz spotyka się byłki tego drogocennego kruszcu, chociaż tylko śladowe ilości. Nie przeszkadza to jednak w organizacji tych zawodów. Zjechało się mnóstwo zapaleńców, takich którzy w imprezach tego typu uczestniczą nie tylko w Polsce, ale i innych krajach, i zaczęliśmy wypłukiwanie. Monotonna i żmudna praca, a do tego bardzo zimno w stopy, bo stoi się w wodzie, ale zawody wygrałem. 2 maluśkie kawałki, które wypłukałem były prawie niewidoczne, a i tak mój wynik był najlepszy. Załapałem bakcyla i jeżdżę po zawodach - dzięki mojej narzeczonej.

UPROWADZONY BACA
pierwsza historia

Do ostatniego dnia wakacji byliśmy w górach. Historia, którą przeżyliśmy mogłaby z powodzeniem posłużyć za scenariusz dla jakiegoś filmu. Ja i moja koleżanka pracowaliśmy w jednym z domów wczasowych w Karpaczu. Niezbyt to interesujące zajęcie, by w czas wolny od szkoły harować, ale nadarzyła się okazja, więc należało spróbować. Po pracy w jadalni i na zmywaku mieliśmy wieczory wolne. Z reguły wolne też były weekendy, więc z powodzeniem odkrywaliśmy wszelkie uroki Szklarskiej Poręby. Mieliśmy tam jeden ze swoich ulubionych pubów, w którym spotykaliśmy starego bacę- gawędziarza opowiadającego historie o górach. Jednego wieczora przechadzaliśmy się po Szklarskiej. Godzina była jeszcze za młoda, by się zwalić na kwaterę, ale było dobrze po zmroku. Nagle zauważyliśmy naszego bacę w odległości dobrych paruset metrów od nas. Biegł bardzo szybko w stronę naszego pubu i widziało się nam, że jest bardzo zmęczony. Nagle z przejeżdżającej czarnej Wołgi wysiadło 2 facetów i wciągnęli bacę do środka. Potem okazało się, że zaginął na dobre. Historia pachnie kryminałem.